Raj

19.III.2009

Dochodzące z polany śmiechy oddaliły się zostawiając mnie wreszcie w spokoju. Siedząc na brzegu małego jeziora wlepiłam wzrok w niebo martwiąc się topniejącym wkoło śniegiem. Nie było mi źle, wręcz przeciwnie, powinnam czuć się szczęśliwa… Z jakiegoś powodu każdy uśmiech wokoło zdawał się jednak zbyt sztuczny, bym mogła mu towarzyszyć.

„Nie siedź tak sama, chodź z nami!” znajomy głos dobiegał zza pleców. Stała tam Cinky, jedyna osoba, którą mogłam nazwać swoją najlepszą przyjaciółką. Czy miałam prawo? Stała tam uśmiechając się do mnie, w swej długiej sukni w odcieniach czerwieni i bieli. Wraz z pięknie ozdobionymi rękawiczkami sięgającymi swoimi falbanami aż za łokcie jej strój był jednym z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek widziałam. Zawsze jej go zazdrościłam, choć szczerze musiałam przyznać, że wyglądała w nim rewelacyjnie. Te rękawy… do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego w moich oczach od zawsze splamione były krwią.

„Cinky… nie zastanawiałaś się czasem, że nie pasujemy do tego miejsca?” zapytałam patykiem burząc spokój jeziora.

„Co masz na myśli? Nie podoba ci się tutaj?”

„Uśmiechasz się, ale… czy jesteś szczęśliwa?”

„Niewiele potrzeba mi do szczęścia, wiesz o tym.” uśmiechnęła się jeszcze bardziej, jakby w ogóle było to możliwe „Jednej rzeczy z pewnością będzie mi tu brakować. Będzie smutniej, gdy nie będzie już śniegu…” dodała w zamyśleniu splatając ręce za plecami.

„Śnieg już od nas odchodzi. Wkrótce więcej go nie zobaczysz” odparłam wygrzebując spod białego puchu kilka kamieni i rzucając je jeden po drugim w wodę.

„Jeszcze nie teraz! Chcesz zobaczyć?”

Nie czekając na moją odpowiedź złapała mnie za rękę i ciągnąc, prawie przymusem, zaprowadziła ku drodze prowadzącej wzdłuż lasu. Im dalej biegłyśmy w tę stronę tym bardziej dostrzec można było zimę. Zastanawiałam się, czy nie zmarznie w tej przewiewnej sukni? Oniemiałam, gdy wreszcie dotarłyśmy na miejsce. Tu na skraju lasu, na wysokim wzniesieniu śnieg nawet przez moment nie myślał odejść. W całości pokryta nim skarpa olśniewała bielą aż po brzegi, tworząc małą, zimową wyspę na tle unoszących się w oddali gór. Przebiegłam kilka kroków rozkoszując się tym widokiem.

„Chcesz stąd odejść? Poszukać nowego miejsca?” spytała pozostając w oddali. Jakby dźwięk jej słów mógł kruszyć skały, głuchy odgłos rozdarł się tuż przed jej stopami i sięgnął obu granic wzniesienia odgradzając nas pojawiającą się na ziemi niewielką szczeliną.

„Chcę odnaleźć… znacznie bardziej realne szczęście.”

„Hmm…” obróciła się w zamyśleniu ignorując zupełnie odgłosy kruszonej ziemi. „Czemu nie. W końcu… zawsze możemy spróbować” uśmiechnęła się obracając głowę. Patrzyłam nieruchomo nie wiedząc co się dzieje, gdy przekroczyła pękniętą ziemię stając tuż przy mnie. Urwany fragment czystego śniegu opuścił ziemię zsuwając się coraz niżej i niżej. Objęła mnie mocniej gdy śmiechy dochodzące wcześniej z lasu nabrzmiały, jakby zamiast radości przedstawiać miały zawiść i cierpienie.

„Wyrzuć je” stanowczo patrząc mi w oczy przysunęła moją zamkniętą dłoń. „Jeśli chcesz odnaleźć swój własny raj, nie możesz zatrzymać ze sobą niedoskonałości tego świata.” Otworzyłam dłoń by dostrzec w niej kamienie rzucane przeze mnie na wodę. Bez namysłu upuściłam je na ziemię. A każdy z nich upadając wyrzeźbił dziurę w śniegu, przez którą wyrosnąć mógł mały, biały kwiatek. Lecieliśmy tak jeszcze przez chwilę, nim silny wstrząs zawładnął naszą unoszącą się w powietrzu śnieżną wysepką. Wysepka z hukiem opadła na ziemię. Uderzył nas silny powiew wiatru, lecz na szczęście nie czułyśmy chłodu.

„Ciekawe… gdzie nas przywiodły twoje myśli? Gdzie zamierzamy rozpocząć poszukiwania?” zastanawiała się Cinky robiąc parę kroków w bliżej nie określonym kierunku. Dołączyłam do niej, wodząc wzrokiem po okolicy. Szybko jednak zorientowałam się, że miejsce w którym wylądowałyśmy zdawało się być znajome. Czy nie byłam już tutaj więcej niż kilka razy? Ale nie to było w tej chwili najważniejsze. Ku mojej największej radości otaczały mnie przecież spadające na pokrytą już bielą ziemię płatki śniegu.

„Ale… to tu nas przywiodłaś? Czy nie powiedziałam?…” spojrzała na mnie zmartwionym wzrokiem. Najwyraźniej i ona rozpoznała to miejsce. „Skoro tego chciałaś… niech będzie” dodała już znacznie weselej widząc zapewne, jak bardzo się cieszę. „Świetnie. Zatem stamtąd zaczniemy poszukiwania” wskazała ruszając w stronę drewnianej chaty. Była zapewne opuszczonym już dawno schronieniem na skraju ciągnącego się po horyzont lasu. Znałam to miejsce, znałam doskonale i czując to poczułam również nadpływające do mnie z oddali ciepło. Lecz gdy stanęłyśmy w drzwiach, by zajrzeć do środka, wszystko zdawało się być tak odmienne od tego, co pamiętałam. Niewiele myśląc, Cinky weszła do środka kierując się ku leżącemu w oddali łóżku. Zrobiłam parę kroków w głąb podziwiając piękno drewnianego domku. Wyjęła spod łóżka małą, drewnianą szkatułkę. Była tak mała, że sama nie miałabym szans jej tam zauważyć. Stałam całkowicie zaskoczona, gdy otworzyła szkatułkę prezentując ją na stojącym przede mną stoliku. Skąd Cinky o niej wiedziała? Skąd miała do niej klucz?

„Zdobyłyśmy skarb. Prawie jak złotą rybkę! To nasze trzy życzenia” mówiła wpinając mi we włosy dwa z trzech białych piórek ukrytych w szkatułce. „Nie pozwolimy, by się zmarnowały, prawda? A jako, że ja je znalazłam, wypowiem pierwsze życzenie.”

To mówiąc zamknęła oczy unosząc ostatnie piórko ku górze. Nagły podmuch wiatru rozrzucił na wszystkie strony drewnianą konstrukcję. Wirujące kawałki ścian i dachu jeszcze długo opadały raz dalej, raz bliżej, swą ilością chcąc dorównać płatkom śniegu. Wodząc okiem za opadającym drewnem stała teraz przede mną jeszcze wspanialsza, obdarzona pięknymi, białymi skrzydłami. Czy powinnam być zła, że zniszczyła ten dom? Nie… przecież od dawna należał już do przeszłości.

„Lecimy?” wyciągnęła rękę w moją stronę. Przytaknęłam nieśmiało i ruszyłyśmy w drogę wzbijając się lekko ponad śnieżny las.

Objęta w pasie kurczowo splotłam ręce za jej plecami dziwiąc się, że w ogóle jeszcze się trzymam. Leciałyśmy, naprawdę leciałyśmy wśród śniegu podziwiając biel i gdzieniegdzie wystające pojedyncze drzewa. Już dawno minęłyśmy tamte lasy, by lecąc tuż nad ziemią za wszelką cenę utrzymać się w górze. Jednak skrzydła z każdym kolejnym machnięciem traciły swe pióra, by z każdym następnym znów zmaleć. Widać było, że Cinky była już zmęczona machaniem tymi skrzydłami. Ostatnie wzniesienie. Widząc drogę na skraju opuszczonej wsi zniżyłyśmy lot, by ostatecznie opaść na ziemię.

„Czy nasze życzenie… nie było wystarczające?” spytała głaszcząc zmęczone skrzydła.

„Nie, po prostu… same musimy je spełnić” starałam się podnieść ją na duchu. „Chodźmy, tu nie kończą się jeszcze nasze poszukiwania” dodałam ruszając ulicą. W końcu znałam i to miejsce na pamięć. Znałam aż za dobrze. Tak oto dotarłyśmy do starego, zniszczonego przez czas domu z leżącym naprzeciw ogrodem i polem pszenicy. Spojrzałam w okna, w które jeszcze kiedyś wbijałam zapłakane oczy. W tej pięknej, cichej wiosce w powietrzu ulatywały fragmenty minionego szczęścia.

Otoczony przez pojedyncze drzewa dom zdawał się górować nad wszystkimi innymi. Wchodząc przez znajome podwórko, mijając znajomą stodołę weszłyśmy przez otwarte drzwi. Stary, choć wciąż świetnie utrzymany ganek przywitał nas zapachem drewna. Niestety, Cinky żadnego z tych widoków nigdy nie widziała. Z pewnością nic dla niej nie znaczyły. Skręcając w lewo, tam gdzie od zawsze leżała drabina w ciszy weszłyśmy na spowity mrokiem strych. Kiedyś tak się go bałam! A teraz, nawet mimo braku światła nie mógł mnie już przestraszyć.

„Wyżej już tylko dotrzemy siadając na dachu” rzuciłam z uśmiechem, rozglądając się wśród porzuconych rupieci. Był czas, że i one miały swego wielbiciela.

Jakby biorąc moje słowa poważnie, Cinky objęła mnie mocniej i odbijając się od drewnianej podłogi jednym ruchem skrzydeł rozbiła dachówki unosząc nas przez powstałą w ten sposób dziurę. Czy powinnam się martwić? Nie ważne, i tak przecież już nigdy tutaj nie wrócę. Zatrzymując się na dachu zrzuciła z pleców znaczną część piór, pozostawiając jedynie małe, niezdolne do lotu skrzydełka. Złapała oddech.

„Czy to był nasz cel?” spytała jakby sama siebie, unosząc rękę ku niebu.

Stanęłam tuż przy niej, by spoglądając w chmury, których kształt jak zawsze tworzył niepowtarzalne wzory. Również sięgnęłam w ich stronę.

„Nie, nie był. Nasze szczęście jest znacznie wyżej.”

Spojrzałam w stronę pól, gdzie rozciągały się obsiane pszenicą i żytem żółto-zielone niwy. Wspinały się po grzbiecie wzniesienia aż po samą Granicę. Tak bowiem nazwano pas zieleni na samym szczycie wzniesienia. Złapałam Cinky za rękę i zeskoczyłyśmy z dachu prosto na podwórko. Stamtąd przebiegłyśmy przez furtkę na ulicę, na drugą stronę, przez ogród i pędząc dalej ku zbożom rzuciłyśmy się na zarośniętą drogę ku Granicy.

Było już późno, a o tej porze roku bardzo szybko robiło się ciemno. Mozolnie wspinając się po stromej ścieżce rozglądałam się za gromadzącymi się wokół cieniami. Gdzieś w tle powrócił ironiczny śmiech ciągnący się za nami od samego początku. Jeszcze trochę… jeszcze kilka kroków…

Stając obiema stopami u celu spoglądałam na rosnące wokół zboża, zmieniające swe oblicze wraz z nadchodzącą nocą. Stąd wszystkie pola po obu stronach Granicy schodziły coraz niżej i niżej. Tam, gdzieś w oddali, gdzieś bardzo daleko, wciąż wyraźnie widać było rzędy domów rozświetlonych pojedynczymi światłami. Nawet ten, z którego przyszłyśmy, choć stary, zniszczony, w świetle ulicznej latarni, zdawał się taki piękny…

Choć trochę jakby… smutny.

A za nim? Wśród pasma zielonych lasów kolejne szczyty, kolejne, jeszcze piękniejsze, jeszcze wyższe niż nasze wzniesienia. Choć widok przepełnia piękno pól złota i zieleni, jedyne uczucie tu, w moim sercu, to gorycz porażki. Stając, zamglonym wzrokiem patrząc w dal Cinky sięgnęła ręką ku odległemu, nieosiągalnemu już dla nas szczytowi. Opadłam na kolana starając się ukryć ogarniające mnie uczucie bezradności. Zbyt długo błądziłyśmy bez celu by nie czuć zmęczenia.

„Czy teraz rozumiesz?” spytała spoglądając na mnie jednym okiem.

„Te miejsca… te cienie… Przez cały ten czas szukałam szczęścia, które utraciłam. W ten sposób… nie osiągnęłam niczego.”

„Nie zrozumiałaś” uśmiechnęła się, trochę jakby na siłę. „Cóż złego znajdziesz w patrzeniu w przeszłość? Tu, w szczęściu, ten czas odcisnął swe piętno na twojej duszy. Czy grzechem jest wspominać te chwile? Nie mając oparcia w przeszłości, szukałabyś ciągle na oślep. Czy teraz rozumiesz? Rozumiesz swój błąd?”

Mój błąd?… nie mając czasu na odpowiedź zdołałam jedynie wyciągnąć rękę w jej stronę. Z ostatnim blaskiem słońca otaczające nas cienie przestały ukrywać się w drzewach i płotach. Choć od najbliższych domów dzieliły nas jeszcze pola, bardzo szybko wspinały się po nich wielkimi susami skacząc po kłosach. Ostatnim spojrzeniem Cinky rzuciła swój szczery uśmiech w moją stronę.

Tak znika ostatnie pióro z jej skrzydeł.

Ponownie patrzyłam teraz na gruzy drewnianego domu, z którego zaczęłyśmy swą podróż. Przeniosła mnie tu resztką mocy z jej skrzydeł. Opuściłam głowę w zamyśleniu. „Czy warto było marnować na mnie swe skrzydła?” Spojrzałam w stronę śnieżnej wyspy, przez którą opuściliśmy poprzednią krainę.

Teraz rozumiem…

Wyjmując piórko wplecione we włosy wypowiadam życzenie. Trzepotem skrzydeł oznajmiam i wyspie i drewnianej chacie, że je opuszczam. Pędzę najszybciej jak mogę, nie patrząc na gubione w locie pióra. Nie jestem za późno. Skupione wokoło znienawidzone uśmiechy z daleka brzmiały echem pogardy. Uniosłam się nad nią, by silnym szarpnięciem skrzydeł rozproszyć wszystkie cienie.

Nie mogłam uwierzyć…

Czy naprawdę, od początku nie dane nam było odnaleźć najmniejszego wręcz szczęścia? Leżąc teraz na ziemi, przepiękne, pofalowane rękawiczki od dłoni po łokcie splamione były krwią. Dokładnie tak, jak zawsze widziałam je przed moimi oczami.

„Cinky, wybacz…” nerwowo zrywając ostatnie piórko z włosów skuliłam się nad nią szepcząc do ucha. „Nie mogłyśmy… od razu życzyć sobie szczęścia?”

„Niemądra dziewczyno” odparła stanowczo, odwracając ode mnie wzrok z rezygnacją. „Nie marnuj swych życzeń. Niejeden raz przydadzą się w życiu. Nie marnuj ich na coś, czego nie możesz dostać.”

Tak trudno było mi to zrozumieć? Przez całą tę podróż, nie zatrzymałam się nawet na chwilę, by o tym pomyśleć.

„Cinky… za tamtą górą… gdybyśmy nawet tam poleciały… za tamtą górą byłaby następna, prawda?…”

„…jeśli szukasz prawdziwego raju…”

„…nie znajdę go tutaj, nie w tej krainie.”

Już od początku, już od pierwszej chwili nie miałyśmy szans go odnaleźć. Czy nie prosiła mnie przecież bym porzuciła wszystkie kamienie? Wbrew jej ostrzeżeniu wciąż jeden pozostał. Jeden z najcięższych…

Wspomnienie.

Czy nie lepiej było zostać w tym naszym niedoskonałym świecie? Bo cóż mogłyśmy mieć piękniejszego, jeśli nie pozór szczęścia, które miałyśmy? Mogłabym teraz bronić się mówiąc, że „próbowałam”, lecz patrząc na leżącą obok mnie dziewczynę jedyne, co czuję to rozgoryczenie. Próżne nadzieje po raz kolejny zawiodły mnie w ślepy zaułek.

„Nie możesz winić się za to, że szukasz szczęścia.”

„Mogę winić się za to, że błądzę wiedząc, że tutaj nie mogę go znaleźć.”

Wciąż pozostało ostatnie życzenie. Wyjmując pióro z włosów składam je w dłoniach klęcząc nad zakrwawioną suknią.

„Cinky… proszę… jedyna rzecz, której mogłabym teraz pragnąć… to przebaczenie.”

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s