Ekspozycja I

Andante

13 Listopad 2008, 12:35

Droga skręcała łagodnym łukiem wokół góry. Opustoszała droga szybkiego ruchu z lewej strony przynudzała nieustającym widokiem nagiej skały, z prawej kusząc wspaniałym widokiem pól na horyzoncie i ledwo sięgających poziomu oczu czubków drzew. Solidne balustrady zabezpieczały przed spadkiem z całkiem stromego wzniesienia. Ten odcinek całej trasy był zdecydowanie najprzyjemniejszy.

Stąd jeszcze jakieś pół godziny i powinienem być na miejscu. Cztery godziny jazdy powoli zaczynają dawać mi się we znaki, ale perspektywa odpoczynku poprawia mi humor. Zresztą, wracam do rodzinnego miasteczka po dwunastu latach. To samo w sobie jest powodem do radości. Mimowolnie odwracam oczy od monotonnej ulicy ku lasom. Z łatwością rozpoznałem w oddali ukryte miedzy drzewami Śródlesie.

Śródlesie. Nazywam je miastem tylko przez wzgląd na stare, dobre czasy. W rzeczywistości to gmina zrzeszająca kilka okolicznych wsi. Miejsce, w którym spędziłem piętnaście lat życia. Nawet jeśli nie ma szans, by ktokolwiek kiedykolwiek nazwał ją miastem, dla mnie zawsze pozostanie miłym, spokojnym i cichym miasteczkiem.

Przez lata sporo się w nim pozmieniało. Dom kultury, do którego przyjeżdżaliśmy co tydzień na lekcje muzyki i w którym odstawialiśmy przedstawienia, został rozbudowany i jest teraz prawie dwa razy większy niż przedtem. Mówią, że swoim pięknem przebija nawet niedawno odremontowany urząd gminy, który z konieczności przemalowano z bijącej po oczach pomarańczy na mniej wyraziste szaro-brązowe odcienie. Stacja kolejowa też nie chciała być gorsza. Dopracowała się nowych wyświetlaczy i zegarów. Nie trzeba ich już nakręcać, jak i mnie kiedyś przyszło robić, ani co chwila poprawiać klapek w starym, mechanicznym wyświetlaczu obwieszczającym przyjazd następnego pociągu. Pociągi zatrzymywały się wtedy raz na dwie godziny. Wystarczy, by podrdzewiałe przez lata metalowe kółka z czasem się powyłamywały. Od czasu do czasu spadały też z nich plastikowe blaszki z literami. Nowy, cyfrowy wyświetlacz nie powinien mieć już takich problemów. Ciekawe ile czasu minie nim wypalą się w nim pierwsze diody…

Uśmiechnąłem się pod nosem na myśl, że jeszcze nie dojechałem, a już przed oczami stają mi wszystkie miejsca, które zamierzam odwiedzić. Musze przecież zobaczyć jak bardzo moje miasteczko się zmieniło.

Jeszcze chwila i zupełnie zgubiłbym się w myślach i zapomniał o zjeździe. Gdybym go przegapił musiałbym nadłożyć masę drogi i czasu.

Ostatni zakręt i ostatni odcinek prostej przed zjazdem. Na wyjeździe z zakrętu droga pokryta była drobnym szkłem. W balustradzie widać było głębokie wgniecenie. Ktoś musiał przywalić w nią ze sporą prędkością, żeby tak ją wygiąć. Niedawno, skoro szkło jeszcze leżało na jezdni. Będę musiał o to spytać na komendzie.

Dumna, choć mała, zielona tablica ze strzałką wskazywała cel mojej podróży. Zjechałem na węższą drogę. Tym razem widoku nie zasłaniały już żadne balustrady. Drogę po jednej stronie otaczał las, a po drugiej opływała szeroka na półtora metra rzeczka. Przywitałem tę rzeczkę z uśmiechem. Jeszcze dziesięć minut. Nie mogę się doczekać!

***

Zaparkowałem przed posterunkiem policji. Mimo wszystko obowiązki najpierw, przyjemności później. Wszedłem przez znajome, zużyte przez czas drzwi. Niestety, jeśli chodzi o budżet na remonty, zawsze go brakuje by objąć nim wszystkie ważne sprawy. Z konieczności, kierowany jest tam, gdzie jest najbardziej potrzebny. Mały, mocno już podstarzały posterunek policji z pewnością na remont zasługuje, ale stoi zdecydowanie dalej w kolejce niż najbardziej oficjalne budynki miasteczka. W konsekwencji, musiał się zadowolić samym malowaniem.

Farba nie wystarczy by ukryć próchnicę, która zjada drzwi. Większość kluczowych fragmentów koło zawiasów i zamka trzymała się tylko dzięki dodatkowym metalowym wzmocnieniom. Niewiele zresztą pomagały. Drzwi spełniały już rolę tylko oficjalną. Bałbym się nawet o nie oprzeć.

Otworzyłem je powoli, jakby w obawie, że się rozlecą. Kto wie, może nawet gotowe były to zrobić? Nie mam pojęcia ile razy dziennie się otwierają. Wszyscy pracownicy posterunku wchodzą do niego tylnym wejściem. Może nikt z nich już nie korzysta?

Przywitał mnie znajomy zapach drewna i lakieru. To nieodzowny element każdego domu w tej okolicy. Coś, czego nie znajdzie się w większym mieście. Znałem go dobrze, ale czując go znów po tylu latach nie mogłem ukryć uśmiechu. Podszedłem pod biurko recepcji. Oczywiście ktoś zawsze powinien przy nim siedzieć, ale po co, jeśli tak rzadko ktokolwiek się tu pojawia?

„Hmm? Słucham pana?” zareagował w końcu jakiś oficer siedzący w głębi przed komputerem. Nie chciało mu się nawet podejść, tylko pytał tak, z oddali.

„Dzień dobry. Dariusz Stoik. Przyjechałem z posterunku w Kobierzynach.”

„Ach, tak. Spodziewaliśmy się ciebie. Stoik… z tych Stoików z drugiej przecznicy? Dobrze kojarzę?”

„Zgadza się, proszę pana. Z tych samych.”

„Ile to już… dziesięć lat? Jedenaście?” poprawił się wstając od swojego biurka. Podszedł do mnie, by podać mi rękę „Kupa czasu. Pewnie miło znów odwiedzić rodzime strony, co?”

Uśmiechnąłem się przytakując. Ten miły pan w średnim wieku to sierżant Marek Kępa. Jego rodzina ma dom tuż przy posterunku. Kiedyś zastanawiałem się, czy to właśnie dlatego wybrał ten zawód? Potrafił być nieco leniwy, gdy chodziło o takie sprawy. Na szczęście gdy trzeba, potrafi się też przyłożyć. Średni wzrost, niewielki brzuszek i niezmienne powątpiewanie w oczach to jego charakterystyczne cechy. Wzrok, który zawsze zdawał się pytać ‘czy naprawdę muszę?’ Niewiele się zmienił przez te lata. Przybyło mu jednak parę zmarszczek i stracił cokolwiek włosów ze swojej czupryny. Czas, mimo wszystko, płynie nieubłaganie.

„Bardzo miło, proszę pana. Jedenaście lat to kupa czasu.”

Tak naprawdę opuściłem miasteczko w listopadzie, a jest koniec września. To daje prawie dwanaście lat, ale nie wyprowadzałem go z błędu. Zapamiętał rok, stąd z różnicy lat wyszło mu jedenaście.

„Proszę, mów mi Marek” wyszedł zza lady stając koło mnie „Ha, ha! Nie jesteś już młodym chłystkiem, którego trzeba przeganiać co by nie rozrabiał!”

„Ha, ha. Dobrze, zatem mów mi Darek.”

„Ma się rozumieć! Dariusz brzmi trochę zbyt oficjalnie.”

Poklepał mnie po ramieniu. Uśmiechnąłem się. Brakowało mi trochę tej bezpośredniości z jaką ludzie podchodzą tu do siebie. Nikt nie boi się, że pokaże się innym od złej strony. Wszyscy dobrze się znają. Wszyscy wiedzą, na co stać drugą osobę i akceptują ich wady. Dlatego nie zdziwiłem się, że Marek nie zastanowił się nawet na moment, czy nie wolałbym, by do mnie mówił „panie Dariuszu.” W końcu był ode mnie niższy rangą.

„Pożar jakiś, czy co? Skąd tu tyle hałasu?” ze swojego biura wyszedł komisarz policji. Ewidentnie nasza krótka rozmowa zdołała wystarczająco zaburzyć dotychczasową idealną ciszę na posterunku.

W pośpiechu otwierając drzwi energiczny starszy pan zmierzył nas wzrokiem. Piotr Stańczyk. Odkąd pamiętam wszyscy zwali go paranoikiem. Nie bez powodu. Przeżył już tyle przedziwnych sytuacji, że każdego ranka spodziewał się nowej. Był wyczulony na zmiany bo wiedział, że mogą być źródłem problemów. Trzeba przyznać, że to bardzo cenna cecha policjanta. Gorzej, że w normalnym życiu jest dość… natrętna.

„Nie zgadniesz, kto przyszedł!” przedstawił mnie Marek.

„…Dariusz Stoik, mam rację?”

„Tyle lat, a wciąż mnie pan pamięta?”

„Pamiętać to jedno, a drugie, że nie spodziewamy się dzisiaj nikogo innego” zgasił mój radosny uśmiech kubłem wody.

Zdawał się całkiem oschły, jakby samo moje pojawienie się popsuło mu humor na cały dzień. Zawsze był taki. Ostry, bezpośredni i wymagający. Nie miał złych intencji, po prostu nie robił na ludziach zbyt dobrego wrażenia. Nie przeszkadzało to, oczywiście, nikomu w mieście. Jak się z człowiekiem odpowiednio dużo czasu spędzi można się nauczyć jego nawyków. Wiedziałem, jak rozmawia z kimś, kogo nie lubi. Na szczęście do takich osób mnie jeszcze nie zakwalifikował.

„No proszę. Wydoroślałeś. Nie wyglądasz już na takiego, co skargi zbiera, że ugania się za spódniczkami” sapnął z uznaniem podpierając się w bok.

„Były takie‑”

„Wybacz, ale mam sporo rzeczy na głowie. Marek pokaże ci co i jak. Dziś masz wolne, nie? Pogadamy jutro” rzucił, jakby recytował wyuczony wierszyki, i schował się z powrotem w swoim biurze.

„‑skargi?” dokończyłem zdanie zamkniętym drzwiom.

„Nie przypominam sobie” zadumał się Marek. „Jak chcesz, możemy przejrzeć archiwa.” Uśmiechnął się i znów klepnął mnie w ramię. Coś ma z tym klepaniem. „Chodź za mną. Pokażę ci twoje biuro.”

Posłusznie podreptałem za nim. Mimo wszystko cieszyłem się z tego krótkiego spotkania z komisarzem. Nie zdawało się, żeby nie chciał mnie tu widzieć, a tego najbardziej się obawiałem. Gdy ktoś młody stawia stopę w od lat istniejącą i dobrze działającą strukturę, zwykle powstają zgrzyty.

„Siema!” wyskakując zza rogu z miejsca przywitał się młody chłopak.

„Siema” uścisnąłem mu dłoń. To… hmm… ach, tak. Marcin Kałuża. Byliśmy razem przez rok w liceum, później zrezygnował. Teraz, jak widzę, wylądował tutaj jako posterunkowy.

„Jak leci, chłopie? Dawno się nie widzieliśmy!”

„A, w porządku.”

„Słyszałem, że będziemy razem pracować” spojrzał na mnie jakby chciał mnie zabić wzrokiem.

„Przez jakiś czas. Marek właśnie ma mi pokazać moje biuro.”

„Biuro, co? Wysoki stołek sobie znalazłeś” bardziej burknął, niż powiedział.

„Tak wyszło” postarałem się wybrać możliwie najbardziej neutralną odpowiedź.

Nie zdołał ukryć zazdrości w głosie. Nie wiem zresztą, czy w ogóle się o to starał. Nie najlepiej mu szło w szkole, więc dwa razy powtarzał pierwszą klasę liceum. Gdy w końcu i ja dołączyłem do tego samego liceum, z konieczności musieliśmy na siebie trafiać. Zawsze patrzył na mnie z góry. Całe szczęście, że nie byliśmy w tej samej klasie.

Myślał, że skoro jest dwa lata starszy to należy mu się odpowiedni szacunek, zwłaszcza po osiemnastych urodzinach gdy zaczął się wozić samochodem taty do szkoły. Oczywiście już wcześniej nim jeździł po Śródlesiu, ale dojeżdżać do większego miasta to co innego. Nie był na tyle odważny by łamać prawo nie mając za plecami swoich znajomych.

Zazdrościł mi, że choć skończyliśmy tą samą podstawówkę w Śródlesiu, w liceum szło mi znacznie lepiej od niego. Czytałem i pisałem wcześniej niż inne dzieci, co znacznie ułatwiło mi naukę. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego jak wielki wpływ mają te dwie rzeczy na chłonięcie wiedzy. Moment, w którym książki przestają być męczącą koniecznością składania liter w wyrazy a zaczynają być źródłem wiedzy, jest bardzo ważny, bo pozwala samemu szukać odpowiedzi na coraz to trudniejsze pytania. Moi rodzice wiedzieli jak ważne, by osiągnąć ten próg jak najwcześniej, za co zawsze będę im wdzięczny.

Pierwszy zgrzyt można już zanotować. Marcinowi nasza ‘współpraca’ nie bardzo będzie się podobać. W jego głowie pewnie nigdy nie przestanę być kujonem, co to uczy się tylko po to, by popisać się przed wszystkimi swoją wiedzą. Nastała chwila niewygodnej ciszy. Marcin gapił się przy tym na mnie, jakby chciał mnie wygonić z posterunku samym swoim wzrokiem. Nie dałem się wystraszyć. W spokoju wytrzymałem jego spojrzenie.

„To fajnie” sapnął. „Daj znać, jak się usadowisz to pójdziemy na piwo” zakończył i poszedł dalej w swoją stronę. Nie spieszył się przy tym za bardzo. Chyba nie zależało mu na czasie.

„Pewnie. Trzymaj się, Marcin” rzuciłem mu na odchodne.

Będzie trzeba to piwo rozważyć. Ostatnia rzecz, która jest mi potrzebna to konflikt w pracy.

„Spoko chłopak, ale taki czasem trochę nerwowy” wyjaśnił jego zachowanie Marek.

„Jak długo tu pracuje?”

„Pół roku.”

Przytaknąłem chowając lekki uśmiech pod nosem. Nie zdołałem go ukryć. Marek skomentował go pytającym spojrzeniem.

„Pewnie praca w policji nie bardzo mu się podoba” wyjaśniłem.

„Niby dlaczego?”

„Lubi mieć władzę. Lubi szacunek, jaki budzi mundur. Pewnie chciał się zatrudnić jako ochroniarz, ale nie znalazł żadnej oferty w Śródlesiu. Znalazł natomiast posadę policjanta, pewnie po innym młodym chłopaku, który stąd odszedł. Pół roku to odpowiedni czas by przekonać się, że to nie był najlepszy pomysł. Policjant nie ma nawet skrawka władzy, jaką sobie wyobrażał. Wybrał tę posadę ze złych powodów, stąd mu nie odpowiada, tylko sam jeszcze nie wie jeszcze jak bardzo. Im prędzej się o tym przekona tym dla niego lepiej.”

„Wywnioskowałeś to wszystko po minucie rozmowy?”

„Nie no, trochę go pamiętam z dawnych lat. W dodatku gdy tylko sobie poszedł zacząłeś go bronić, więc pewnie przynajmniej raz tą agresywną postawą coś przeskrobał. Nie ma dziewczyny, jak się domyślam, więc źródła tej agresji są ograniczone.”

„Jesteś w tym dobry.”

„Dzięki” uśmiechnąłem się dumnie.

„To tutaj” Marek wskazał drzwi biura i wyciągnął z kieszeni pęk kluczy.

Na tym posterunku były dwa pęki kluczy do każdego pokoju. Miał je sierżant Kępa i komisarz Stańczyk. Reszta miała tylko klucz do swojego pokoju. W sumie rzadko był im potrzebny inny klucz, posterunek był całkiem mały. Miał łącznie trzynaście pomieszczeń, wliczając dwie cele, a wspólna kuchnia i pokój wypoczynkowy są zawsze otwarte. Otworzył drzwi i zaprosił mnie do środka.

Pachniało kurzem i wilgocią. Dawno nikt tu nie zaglądał.

„Trzeba trochę posprzątać. To biuro dla tymczasowych gości. Jak się domyślasz, nie ma ich u nas zbyt wielu.”

„Jest świetne” przyznałem. „Trochę tu posprzątam i zaraz się rozłożę.”

„Potrzebujesz służbowy mundur?”

„Przyjechałem ze swoim.”

„Jakbyś potrzebował czegoś jeszcze, daj znać.”

Uśmiechnąłem się widząc jak wręcza mi klucz do pokoju wyciągając go z pęku swoich. Mógłbym przysiąc, że wiedziałem dokładnie, jota w jotę, kolejne myśli, jakie przeszły mu przez głowę: ‘Zapomniałem wziąć klucza. Skrzynka z kluczami jest tuż przy moim biurze. Trzeba by po niego pójść. Daleko. Dam mu swój, a sobie wezmę ze skrzynki. W ten sposób nie będę musiał drugi raz tu przychodzić.’ Właśnie w takich chwilach Marek pokazywał swój talent oszczędzania energii na rzeczach, których nie musiał robić. Ja, osobiście, nigdy bym chyba na to nie wpadł. Jego mózg pracował na zupełnie innym poziomie.

Podziękowałem i pożegnałem się rzucając plecak na stół. Wzbudził tuman kurzu, który natychmiast wypełnił biuro. Obróciłem się w stronę okna. Nie było tak brudne, jak bym tego oczekiwał. Otworzyłem je by wpuścić do środka trochę świeżego powietrza. Wychodziło wprost na mały ogród z jednym tylko drzewem i parking z trzema radiowozami. Marcin wsiadł właśnie do jednego z nich i energicznie wycofał, hamując nerwowo. Mam nadzieję, że jakoś się jednak dogadamy.

Spojrzałem na swoje biuro. Dwa regały, zamykana na klucz szafka na dokumenty, biurko, krzesło, wieszak, kosz, lampa z wiatrakiem, i korkowa tablica z mało istotnym notatkami, których nikt nie ważył się dotknąć zapewne przez wiele lat. Będzie mi tu całkiem przyjemnie. Nawet, jeśli powód mojego przyjazdu wcale do przyjemnych nie należał.

***

Wypakowałem swoje dokumenty, powiesiłem mundur na haku i odkurzyłem, co się dało, ścierką wyciągniętą ze schowka w samochodzie. Wystarczy na początek. W końcu mam dziś wolne, nie mam co się przejmować tym biurem bardziej, niż mam na to ochotę. Zwłaszcza, że po tej całej jeździe i tym wstępnym sprzątaniu byłem całkiem głodny.

Zagadałem do Marka. Dał mi klucz do pokoju, w którym miałem mieszkać. Zapomniał dać mi go wcześniej. W moim starym domu od lat mieszkała już inna rodzina a w miasteczku nie ma nawet jednego hotelu. Na szczęście na takie okazje zarezerwowany był budynek tuż przy stacji kolejowej. Nocowali w nim kolejarze, którzy akurat danego dnia kończyli tu zmianę, oraz inni goście, którzy odwiedzają miasto w służbowych sprawach. Właśnie do takich się kwalifikuję, stąd pokój mi się należy. Byłem ciekaw, w jakim będzie stanie.

Budynek, w przeciwieństwie do stacji kolejowej, nie był wyremontowany. Nie był nawet odmalowany. Chował się na uboczu, by nikt go nie zauważył. Mam nadzieję, że zbyt wielu oficjałów z niego nie korzysta. Nie jest najlepszą wizytówką miasta. Stary klucz z zaledwie dwoma ząbkami bez oporu przekręcił się w zamku drzwi wejściowych. Mam wrażenie, że każdy dzieciak otworzyłby ten zamek w pięć minut, gdyby tylko zechciał. Na całe szczęście klucz do drzwi do mojego pokoju był już dużo lepszej klasy i choć schody groziły zapadnięciem z każdym postawionym na nie krokiem i każdym głośnym skrzypnięciem, to dotarłem przed nie zdrów i cały.

Otworzyłem drzwi. Te już miały dobrze naoliwione zawiasy. Ku mojemu zaskoczeniu był to mały, przytulny pokoik wypełniony tym samym, tak dobrze mi znanym zapachem. Wciągnąłem powietrze w nozdrza delektując się nim. Zrobiłem dwa kroki. Było tu dość chłodno. Połowę winy brały na siebie niezbyt szczelne, drewniane okna. Połowę stare, ceglane budownictwo, które nie trzymało ciepła. Nic nie szkodzi, coś wymyślę. Pod oknem stało duże, dwuosobowe łóżko, a obok niego mała szafka i lampka nocna. Pokój nie miał żyrandolu, więc było to zapewne jedyne źródło światła. Przełączyłem wyłącznik obok drzwi. Miałem rację, przy czym lampka świeciła całkiem mocno. Na tyle mocno, by przy niej czytać.

Regały na ścianie wypełnione były wystawioną za szkłem porcelaną, jakimiś książkami i innymi ozdobami. Sporo miejsca w szufladach i szafie. Duże biurko, dwa razy większe niż to w moim biurze. W sumie jak się na to spojrzy, ten pokój był znacznie większy i znacznie lepiej umeblowany niż w większości hoteli. Nie robił też tego wrażenia sterylności, jakie bije od hotelowych pokoi. To dobrze, bo ten minimalizm i zapach środków czystości, tak często obecny w takich pokojach, nieco mnie odstraszały. Wolałem taki pokój jak ten, taki z własną duszą. Każdy mebel miał na sobie jakieś znamię lub jakąś ozdobę, którą mógł się pochwalić. Można było poczuć jak wiele dobrych i złych chwil przeżył ten pokój przez lata. Nie rok czy dwa a dziesiątki. Był to solidny dom wzniesiony własnymi rękami pierwszego z jego mieszkańców. Wiem dobrze, co to znaczy, w końcu całe dzieciństwo spędziłem w takim właśnie domu. Domu wzniesionym rękami mojego dziadka.

Czasy się zmieniają. Nawet moi rodzice wraz ze mną przenieśli się do większego miasta. Kupili w nim mieszkanie gdy wysłali mnie do liceum. Później i ja wynająłem swoje. Choć z przyjemnością przeżyli tu prawie czterdzieści lat, nawet im ciężko było odmówić wygód większego miasta. A ja, tymczasem, tęskniłem za moim starym domem. Miasto nigdy nie przypadło mi do gustu. Zbyt dużo ludzi. Zbyt duży hałas. Ten pokoik nieodzownie przypominał mi mój stary dom. Tęskniłem, ale wiedziałem, że przeprowadzka była nieunikniona. Choć każda cegła, każdy gwóźdź w drewnianej podłodze zbijany był w nim przez dziadka, nie dotarłbym tu, gdzie jestem, gdybym został w takim domu. Jestem dziadkowi wdzięczny za każdą spędzoną w tym domu chwilę, ale nie żałuję, że w końcu go opuściłem.

Westchnąłem nieco rozkojarzony. Postawiłem na podłodze swoje torby. Miałem tylko dwie, niezbyt dużych rozmiarów, więc wziąłem ze sobą obie na raz. Wypakowałem się i odwiedziłem kuchnię. Była zaskakująco czysta, jak i sam pokój. Widać ktoś pilnuje porządku w tym domu. Nie zamierzam dostarczać mu roboty. Odgrzałem przygotowany z rana obiad i zjadłem u siebie w pokoju przeglądając dokumenty, które wziąłem ze sobą. Mam jeszcze sporo do przeczytania przed jutrzejszym dniem.

***

Zrobiłem zakupy i zaniosłem do domu. Pierwsza rzecz, która od razu rzuca się człowiekowi na myśl, to że w takim miasteczku samochód staje się zbędny. Wszędzie jest blisko. Wszystkie sklepy można obejść w pół godziny. Fakt, nie mają tak zróżnicowanych towarów jak w większym mieście, ale mnie w zupełności to nie przeszkadza. Zwykle biorę to, co mi w oczy wpadnie, nie zastanawiając się wielce nad szczegółami.

Obejrzałem stację kolejową. Pięknie wymalowana i faktycznie ozdobiona nowymi zegarami i wyświetlaczami. Widniała na nim całkiem wyraźna i przejrzysta informacja… że następny pociąg przyjedzie za półtorej godziny. Zastanawiam się, czy akurat ta inwestycja była warta najwyższego priorytetu. Pewnie, stacja kolejowa jest wizytówką miasta dla wszystkich jego gości, ale wyświetlacz co obwieszcza jednemu pasażerowi na godzinę, że za kolejne pół być może przyjedzie tu jakiś pociąg, w mojej ocenie nie jest aż tak ważny.

Przeszedłem też obok urzędu gminy. Nowe kolory mu nie służą. Wolałem go z jego wcześniejszą pomarańczą. Był taki żywy, wyróżniał się na tle innych domów. Teraz jest szary i ponury. Nie robi wielkiego wrażenia nawet mimo remontu.

Zbliżał się wieczór, ale było jeszcze jedno miejsce, które musiałem odwiedzić. Dom kultury. Zastukałem w wielkie, dwuskrzydłowe drzwi pomiędzy parą dwóch mniejszych. Konieczność wstawienia trojga drzwi wynikała z przepisów ewakuacyjnych. Z drugiej strony, odkąd pamiętam, dwoje pozostałych drzwi zawsze stało zamknięte. To trochę kłuci się z ich rolą. Jestem ciekaw czy ktoś w ogóle wie gdzie są do nich klucze?


Nikt nie odpowiedział. Złapałem za klamkę licząc, że drzwi będą otwarte. Nie myliłem się. Wprawdzie nikogo nie było na portierni, ale dom kultury wciąż był otwarty. Zwykle wieczorami jest otwarty przynajmniej do dwudziestej. Czasem i do dwudziestej trzeciej, zależy od zaplanowanych na dany dzień zajęć. Część dzieci nie ma nic innego do roboty wieczorami, jak spędzić je tutaj, w towarzystwie kolegów i koleżanek.

Dziś, na ile mi wiadomo, o tej porze nie było już żadnych zajęć. To była dla mnie idealna okazja, by odwiedzić te stare progi. Zobaczyć, jak zmienił je czas. Nie spodziewałem się, że spotkam tu kogoś, kto o jeszcze bardziej przypomni mi moje dzieciństwo.

Cichy odgłos muzyki dotarł z oddali do moich uszu. Zdał się tak nienaturalny, że minęła chwila nim w ogóle rozpoznałem ten dźwięk jako muzykę. Ktoś grał na fortepianie, który jeśli dobrze pamiętam stał na piętrze, w sali balowej. Chyba znałem ten utwór, ale nim zdążyłem odnaleźć go w głowie, dźwięk urwał się w połowie melodii. Jakby ktoś sfrustrowany tym, co słyszy, przestał grać dalej.

Nastała cisza. Dopiero teraz zorientowałem się, że nie słyszę ani rozmów, ani niczyich kroków. Czy nikogo innego tu nie było? Tylko jedna grająca na fortepianie osoba? Podszedłem do schodów. Spodziewałem się skrzypień drewnianej podłogi, ale jak się okazuje, ktoś całkiem niedawno ją wyremontował. Zerwał drewno i położył panele. Zdecydowanie lepiej nadawały się do przyjęcia biegających po domu kultury dzieci i rzadkich, ale wciąż od czasu do czasu odbywających się tu przedstawień i występów. Odkąd pamiętam, zbierały pokaźne audiencje.

Po cichu wszedłem po schodach na piętro. Ktokolwiek tu był, nie chciałem go przestraszyć. Może jeszcze coś zagra?

Nie zawiodłem się. Pierwsze osiem nut nowego utworu większości słuchaczy wystarczy by go rozpoznać. Preludium C-dur Bacha. Chyba każdy w życiu choć raz go usłyszał, nawet jeśli nie wiedział jak się nazywa. Znacznie częściej znany jest jako „Ave Maria”. Dodana przez Gounoda dominująca utwór linia melodyczna zapadła w pamięć milionów. Miałem mu trochę za złe, że w ten sposób przyćmił w tym utworze prawdziwy kunszt progresji tonalnej Bacha.

Po cichu podszedłem pod salę balową. Zajrzałem do środka przez otwarte drzwi. Grająca na fortepianie dziewczyna płynnie przechodziła między akordami delikatnie spowalniając przejścia. Nie tworzyła sztucznego rytmu, sztucznej linii melodycznej. Nie wplatała w utwór romantyzmu. Grała tak, jak słuchacze zgromadzeni w ogromnej, wypełnionej po brzegi sali koncertowej oczekiwali. Nadawała przy tym melodii tak precyzyjne, równe brzmienie, jakby grała na tym fortepianie od wieków.

Niejednorodne uderzenia młotków o struny kompensowała perfekcyjnie dobranym naciskiem klawisza. Pod jej palcami stary, zniszczony instrument, na którym dziesiątki par rąk uczyło się podstaw muzyki, nabierał nowego życia. Wyrobione przez niezliczone ilości uderzeń klawisze oktawy razkreślnej w niczym nie odróżniały jej dźwięków od znacznie rzadziej używanych przez początkujących dźwięków oktawy małej i wielkiej. Ten kontrast doskonale równomiernej barwy z poniszczonymi, miejscami pokruszonymi klawiszami, zapierał dech w piersiach.

Znałem tę dziewczynę. W dzieciństwie potrafiłem wsłuchiwać się w jej grę godzinami. Dziewczyna zwolniła zbliżając się do połowy utworu. Zatrzymała dłoń nad ostatnią nutą zmniejszonego c. Spojrzała w dal, za okno, jakby szukając kogoś wzrokiem. Wpatrzona przed siebie podniosła rękę by spuścić je z mocą na klawiaturę. Następne arpeggio w tonacji C7 zagrała z gniewem w oczach.

To nie był już Bach. Uderzała o klawisze, jakby w tych kilku zdegenerowanych akordach chciała przekazać niewypowiedziane przez nią emocje. Jednak jej gniew szybko opadł i już pięć przejść tonalnych dalej zamknęła oczy powoli wracając do poprzedniej dynamiki utworu.

Ślad jej emocji pozostał w tle aż do ostatniej nuty preludium. Nigdy jeszcze nie słyszałem tego utworu zagranego w tak nienaturalny sposób. Czy zawsze tak go grała? Czy może tylko tu mogła sobie na to pozwolić? Nikt jej nie oceniał, nikt z audiencji nie oczekiwał, że będzie trzymać się oryginału. Może właśnie dlatego skorzystała z tej okazji?

Największym pięknem muzyki jest to, że każdy słuchacz i każdy wykonawca może w niej odnaleźć cząstkę siebie. Może zawrzeć w niej swoje emocje, nadać treści jej melodii własne słowa lub własną interpretację. Przez myśl mi przeszło, że tak właśnie chciała zrobić. Tu, z dala od zgiełku miasta i tysięcy wystawionych ku niej uszu mogła w końcu zagrać tak, jak do tej pory nikt jej nie pozwalał. Gdy tak na to spojrzałem poczułem się podle, że tak perfidnie ją podsłuchiwałem. Szeptała przecież na ucho, tylko temu pustemu pomieszczeniu, skrywane przez nią w sercu emocje.

Ewa Sosna. Odkąd widziałem ją po raz ostatni zmieniła się z czarującej dziewczyny w onieśmielająco piękną kobietę. Jej długie, jasne włosy tańczyły na jej barkach z każdym ich ruchem. Cienka suknia wykańczana drobnymi falbankami odkrywała jej delikatnie zaznaczone obojczyki. Jej smukłe ręce majestatycznie przeskakiwały nad klawiaturą a długie, drobne palce delikatnie opadały na kolejne klawisze.

W dzieciństwie szalałem za tą dziewczyną. Widzieliśmy się prawie codziennie na lekcjach i zajęciach dodatkowy. To ona otworzyła moje oczy i uszy na piękno muzyki. Dzięki niej zacząłem grać na pianinie. Nie dlatego, że chciałem jej dorównać. Nikt nie miał takich szans. Jej talent był jedynym w swoim rodzaju. Ale też zawsze mi powtarzała, że w muzyce umiejętności nie liczą się tak bardzo, jak samo oddanie jej pięknu. Chęć zagrania melodii wkładając w niej cząstkę swojej duszy. Z czasem doskonale zrozumiałem jej słowa. Choć ona pokazała mi muzykę, od tamtej pory nie grałem już tylko dla niej.

Zaszurałem butami dając o sobie znać. Niezręcznie postawiłem krok w drzwi. Nie czułem się w porządku, że ją podsłuchiwałem, ale czułbym się jeszcze gorzej, gdybym to ukrył.

„Hej” rzuciłem ciche powitanie z lekkim uśmiechem na ustach.

Nerwowo obróciła głowę w moją stronę. Jej rozszerzone źrenice panicznie wodziły po mojej twarzy. Chyba mnie poznała. Zerwała się z małego obrotowego krzesełka, które za nic nie nadawało się do gry na fortepianie. Szturchnęła je nogą niechcący je przewracając. Zrobiła krok w tył chowając lewą rękę za plecami.

Nie spodziewałem się, że tak ją przestraszę. Czego się bała? Jej plecy odkrywały kawałek bandaża zawiniętego na schowanej za nimi ręce. Czy coś jej się stało? Przez drzwi nie widziałem jej prawej ręki. Widziałem tylko, jak uderza nią o klawisze fortepianu.

„Hej, przepraszam, że cię przestraszyłem. Tak… całkiem niechcący się tędy przechadzałem, i…”

Stała spięta, jakbym zaraz miał się na nią rzucę z nożem. Tak bardzo ją przerażałem? Jej zimny wzrok nie zdradzał już nawet cienia emocji. Prosił mnie, żebym odszedł i dał jej spokój.

„Przepraszam” ukłoniłem się lekko i wyszedłem.

Nie chciałem, ale nie miałem innego wyjścia. Za tak silną reakcją z jej strony musiał kryć się jakiś powód. Pospiesznie schodziłem po schodach. Nie miałem już ochoty oglądać reszty domu kultury. Przyjdę tu innym razem.

Co się właściwie stało? Jakby tak się nad tym zastanowić… co Ewa robiła w tym miasteczku? Lata temu, nim jeszcze skończyliśmy podstawówkę, wyjechała do stolicy uczyć się muzyki pod okiem jednego z najsławniejszych pianistów w kraju. Jej talent nie umknął uwagi świata.

Gdy miała czternaście lat wygrała swój pierwszy koncert fortepianowy. Z czasem usłyszałem, że to całkiem późno jak na rozpoczęcie prawdziwej kariery w muzyce. Nie rozumiem tych ludzi. Spójrz: czternastolatka bije na głowę dwukrotnie starszych od siebie pianistów, a ty jeszcze narzekasz, że tak późno zaczęła grać.

To był moment, w którym zrozumiałem, jak wielka dzieli nas przepaść. Była tą jedną ze szczęśliwców, którym dane jest w pełni oddać się swej pasji i dzielić się nią z innymi. Nie miałem dla niej w sercu niczego innego, jak szczery podziw. Chciałem kiedyś sam znaleźć coś równie wspaniałego.

Wyszedłem z domu kultury i już dobrych parę minut szedłem przy wieczornym świetle księżyca do domu. Nie mogłem wybić sobie z głowy Ewy. Nagle wszystkie wspomnienia zaczęły wracać tak, jakbym jeszcze wczoraj przysłuchiwał się jej koncertowi a ona uśmiechała się do mnie zza fortepianu. Co się zmieniło? Co sprawiło, że teraz patrzyła na mnie nie z uśmiechem, a strachem? Wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał się tego dowiedzieć. To coś, co z pewnością nie da mi spokoju.



[[ Scena z następnego wieczoru, z pominięciem wydarzeń z tego dnia ]]

Wszedłem po schodach na górę stawiając nogi przy krawędzi stopni. Choć podłoga domu kultury była odnowiona nie ufałem, że schody nie będą skrzypiały pod moimi stopami. Wsłuchałem się w wieczorną ciszę. Tym razem nie witał mnie odgłos muzyki. Trochę mnie to smuciło, bo dźwięk granej przez Ewę melodii do tej pory odbijał się echem w mojej głowie. Chociaż, w sumie lepiej, że nikogo tu nie ma. Ta cisza miała swój własny urok.

Rozejrzałem się po holu na piętrze. Skręciłem w prawo, do drzwi, które prowadziły do dwóch połączonych ze sobą, przestronnych pomieszczeń. Pociągnąłem za klamkę skrzypiących drzwi. Nikt w domu kultury nie korzystał z kluczy. Wszystkie drzwi stały dla zwiedzających otworem. Małe społeczności, jak ta, cieszą się tym przywilejem, że między mieszkańcami tworzy się niespotykane w dużych miastach zaufanie. Nikt nie bał się, że ktoś wyniesie z domu kultury coś wartościowego. Z drugiej strony, niewiele było tu naprawdę wartościowych rzeczy.

Wszedłem do środka. Przywitał mnie charakterystyczny zapach farb olejnych. W tych salach odbywały się lekcje malarstwa. Od zawsze leżał tu pod ścianą szereg stelaży a ściany służyły za galerię dla zdolniejszych uczniów. Prowadzące do drugiej sali otwarte drzwi odkrywały natomiast zawalone wiórami i kawałkami ram obrazów stoły. Poczciwy pan Wrzesień, stolarz, uczył zainteresowanych jego rzemiosłem jak pociąć i obrobić drewno na ramy obrazu. Niewiele mógł ich nauczyć poza podstawami, ale nawet to potrafiło być zajmujące. Było to o tyle satysfakcjonujące, że gotowe ramy od razu znajdowały swoje zastosowanie. Podziwiała je ta sama widownia, która przyszła obejrzeć obrazy swoich pociech. Był zatem i powód, by do pracy się przyłożyć, i ta jakże przyjemna satysfakcja, że są chętni, by gotowe dzieła podziwiać.

Choć przeważająca część uczniów, czy w jednej czy drugiej pracowni, to dzieci, od czasu do czasu zdarzali się i dorośli, którzy chcieli spróbować swoich sił ze sztuką. Nie mając wiele innych rozrywek, niektórzy siedzieli w tej pracowni całymi wieczorami. Prześledziłem wzrokiem rysy na jednym z obrazów. Idąc wzdłuż ściany, przeciągnąłem palcem po rzeźbionych dłutem krawędziach jednej z ram. Każdy obraz wiszący na tych ścianach miał swoje własne piękno. Wyobrażałem sobie wysiłek, jaki wszedł w powstanie tych nacięć. Myśl, jaka szła za pociągnięciem pędzla. Zawsze podziwiałem ludzi gotowych oddać się swojej pasji. Ich dzieła wcale nie musiały być doskonałe. Ważne, że zawierali w nich cząstkę swojej duszy.

Przeszedłem przez warsztat początkujących stolarzy i wyszedłem z powrotem na hol. Były tu jeszcze kręcone drzwi na poddasze, ale nie miałem tam czego szukać. Hol kończył się natomiast drzwiami do sali balowej. Tymi samymi, pod którymi stałem wczoraj, podsłuchując Ewę. Niepewnie uchyliłem drzwi.

Sala była pusta. W sumie tego się spodziewałem, ale z jakiegoś powodu miałem dziwne wrażenie, że ktoś będzie tu na mnie czekał. W powietrzu unosił się zapach wosku do paneli. Zapaliłem światło. Sala błyszczała od podłogi aż po odbicia jarzeniówek w lustrach na ścianie. Sala zdawała się dwa razy większa, niż była w rzeczywistości. Tylko umieszczone wzdłuż luster drewniane podpory niszczyły iluzję, że pokój rozciąga się dalej, za lustro. Spojrzałem na odbicie fortepianu w lustrze, a później na sam fortepian leżący przy przeciwległej do nich ścianie. Dla niego tu przyszedłem. Odkąd usłyszałem wczoraj melodię Ewy, miałem nieodpartą ochotę coś na nim zagrać.

Obejrzałem się za siebie, jakbym chciał się upewnić, że nikt mnie nie śledzi. Właściwie nie wiem czemu. Nie chciałem, by ktoś mnie podsłuchiwał? Dlaczego? Czy to aż tak ważne? Ciekawe, że czasem nawet samych siebie nie rozumiemy. Uśmiechnąłem się do siebie pod nosem i wszedłem do sali zostawiając otwarte drzwi, jakby na przekór swoim własnym myślom.

Przejechałem palcami po drewnianej przysłonie na klawiaturze. Przez lata znosił moją nieudolną grę. Byłem mu za to wdzięczny. Podniosłem przysłonę i usiadłem. Zagrałem kilka akordów by wyczuć instrument. Drewniane klawisze reagowały zupełnie inaczej niż klawisze mojego elektronicznego pianina. Choć wykonaniem bardzo blisko było mu prawdziwemu instrumentowi, nie był nawet odrobinę tak wyrobiony jak ten. Brzmiał też zupełnie inaczej. Elektroniczny instrument wciąż brzmiał pięknie, ale już po jednym czy dwóch utworach można wyczuć, że każda nuta wybrzmiewa w nim idealnie. Nie do porównania z niedoskonałością i niepowtarzalnością żywych strun fortepianu. Nie można dwa razy tak samo uderzyć w jego klawisz.

Zagrałem pierwszy utwór na rozgrzewkę, ciesząc się tym brzmieniem. Rzadko mam taką okazję. W dodatku ostatnio miałem tak mało czasu dla siebie, że zupełnie wyszedłem z wprawy. Mam nadzieję, że podczas mojego pobytu w Śródlesiu będę mógł przychodzić tu codziennie. Chociaż na pięć minut. Chociaż na jeden utwór.

Pojedyncze uderzenia w akordzie nie wydały oczekiwanego dźwięku tworząc rażące dziury w harmonii utworu. Przyzwyczajony do elektronicznych styków w klawiszach mojego instrumentu zapomniałem, że w tym prawdziwym fizyczny kołek musi mieć siłę uderzyć w strunę, by mogła zacząć drżeć. Lekkie naciśnięcie klawisza nie wyda żadnego dźwięku. Próbując to naprawić, inne nuty zagrałem zdecydowanie za głośno. Nie mam żadnej kontroli nad brzmieniem. Chcąc nie chcąc, muszę się pogodzić z tym, że zawsze będę tylko początkującym.

Tak niewiele czasu mogę poświęcić na grę, że mijają miesiące nim opanuję jeden czy dwa nowe utwory. Daleko mojej grze do doskonałości, ale sprawia mi niesamowitą przyjemność, a przecież to najważniejsze. Póki mogę włożyć w nią całe swoje serce, to mi wystarczy. Odetchnąłem głęboko i położyłem palce na klawiszach. Tym razem uważniej przyłożyłem się do kolejnych uderzeń, skupiając się na ich sile. Wyszło już znacznie lepiej. Trochę poćwiczę i przyzwyczaję się do tego instrumentu.

Zrozumiałem, że muzyka jest moją pasją, gdy zagrałem jeden utwór już tyle razy, że grałem go bezbłędnie. Nie musiałem już myśleć o następnym takcie, jak ustawić palce i jak mocno uderzyć w klawisz. Palce jakby same z siebie wiedziały dokładnie, co robić dalej. Było to o tyle niesamowite, że otwierało drogę do prawdziwej przyjemności z muzyki: nie musiałem już myśleć jak zagrać utwór, mogłem zacząć myśleć co chciałem nim przekazać.

Jaki ton nadać kolejnemu fragmentowi? Jakie zawrzeć w nim emocje? Gdy wplatam swoje myśli w intencje kompozytora ze odkrywam w utworze nowe piękno. Taka gra sprawia mi ogromną przyjemność. Umiem grać w ten sposób więc wiem, że kiedyś znów tak zagram te utwory. Wystarczy, że trochę poćwiczę.

Odczekałem, aż wybrzmi ostatnia nuta. W dużej sali dźwięk wibrował w powietrzu znacznie dłużej niż w pokoju mojego mieszkania w mieście. Zresztą większość czasu i tak gram ze słuchawkami na uszach. Przywilej elektronicznego instrumentu – gdy wracam późnym wieczorem z pracy zawsze mogę na chwilę przysiąść i zagrać jeden czy dwa utwory. Coś, czego nie mógłbym zrobić na fortepianie nie rujnując nocy sąsiadom.

Jeszcze raz położyłem palce na klawiaturze. Tym razem zagram mój ulubiony utwór. Powtórzyłem w głowie pierwsze dwa takty uderzając w odpowiednie klawisze w powietrzu. Chciałem sprawdzić, czy palce wiedzą, jak zagrać go dalej. Czy dokończą go za mnie. Z uśmiechem potwierdziłem, że mnie nie zawiodą. W końcu znam ten utwór już doskonale.

Moje zesztywniałe palce nie oddały całego piękna tej melodii, ale i tak cieszyłem się, że mogłem znów ją usłyszeć. Nie wiem ile razy już ją zagrałem, ale ta melodia nigdy mi się nie znudzi. Oderwałem palce od klawiszy. Usłyszałem dochodzące zza pleców tłumione brawa. Mechanicznie obróciłem głowę.

W drzwiach stała Ewa. Z uśmiechem na ustach opuściła ręce chowając zabandażowaną dłoń w drugą. Patrzyłem na nią zdezorientowanym wzrokiem. Jeśli ktokolwiek mógłby tu przyjść o tej porze, to właśnie ona, ale… i tak mnie tym zaskoczyła.

„Hej. Nie spodziewałem się, że tu przyjdziesz” zdołałem wydukać.

„Piękna muzyka zawsze przyciąga słuchaczy.”

„To… Nie‑nie gram za dobrze” zmieszałem się.

Przełknąłem ślinę. Stary chłop, a potrafi zająknąć się w obliczu pięknej dziewczyny. W porządku, na swoje usprawiedliwienie mam chociaż tyle, że Ewa była, bądź co bądź, moją pierwszą miłością. Tą niewinną, dziecięcą i nieodwzajemnioną, ale zawsze.

„Piękna melodia. Miło słyszeć, że twoja pasja do muzyki nie popadła w zapomnienie” uśmiechnęła się ciepło.

Odwzajemniłem uśmiech, choć niezbyt szczerze. Nie zapomniałem, co przeczytałem w jej aktach. Mój wzrok mimowolnie uciekł do zabandażowanej dłoni Ewy. Jej dłoń… ten wypadek musiał być dla niej druzgocący. A jednak nie wyczułem żalu w jej głosie. Czy tak dobrze go ukrywała? Zwykle całkiem nieźle radzę sobie z odczytywaniem różnych emocji, ale nie byłem pewien, czy szczerze się uśmiechała.

„Przepraszam, że cię wczoraj tak wystraszyłem. Chyba mnie nie poznałaś.”

„Poznałam, ale trochę mnie zaskoczyłeś” przyznała.

„No to jesteśmy kwita” zaśmiałem się cicho.

Od naszego ostatniego spotkania minęło ponad osiem lat. Zmieniła się przez ten czas nie do poznania. Ja zresztą też. Aż dziw, że bez trudu się rozpoznaliśmy.

„Ten utwór… to ‘Karma’, tak?”

„Pamiętasz?” byłem wyraźnie zaskoczony.

„Mam pamięć do takich rzeczy” przyznała. „Pamiętam, jak dumnie deklarowałeś, że nie będziesz grał jakiegoś tam Szopena czy Bacha, a tylko takie melodie, jakich nikt w mieście nie zna” zaśmiała się pod nosem. „Ale teraz ta melodia brzmi zupełnie inaczej.”

„Wtedy jeszcze jej nie grałem. Tylko odgrywałem nuty.”

„Mmm… może tak” zamyśliła się „a może…”

Urwała, jakby nie chciała dokończyć zdania. Uśmiechnęła się tylko niemrawo. O co mogło jej chodzić?

„Hej, jeśli mogę wiedzieć, kiedy tu przyjechałaś?”

„Tydzień temu.”

„Na długo?”

„Jeszcze nie wiem.”

Chciałem pytać dalej, ale ugryzłem się w język. Kogo jak kogo, ale Ewy nie chciałem traktować jak świadka, którego mam przesłuchać. Zwłaszcza, że dalsze pytania mogły by być coraz mniej przyjemne. Wyjrzałem przez okno. Słońce już prawie całkiem zaszło za drzewa na horyzoncie.

„Ciekawie się złożyło, że odwiedziliśmy nasze rodzinne miasteczko w tym samym czasie, nie?”

„Mhm” przytaknęła. „Ciekawie. Jakby było to nam przeznaczone.”

Przeznaczone? Spojrzałem z powrotem na jej twarz. Choć wciąż się uśmiechała, zdawała się mówić całkiem poważnie.

„Ha, ha! Kto wie, może było?” poczułem, że koniecznie muszę rozluźnić atmosferę. „Musimy wykorzystać tę okazję. Jak będziesz mieć wolny wieczór to zapraszam na kawę. Opowiesz mi co się u ciebie działo przez te lata, co ty na to?”

„Tylko wtedy, jeśli ty mi opowiesz co działo się u ciebie.”

„W porządku. Brzmi całkiem uczciwie.”

Uśmiechnęła się i przytaknęła nieznacznie. Chyba już rozumiem. Ten uśmiech to część jej maski. Nie mogę traktować go poważnie. Mówiła przy tym w dość ciekawy sposób, jakby zastanawiała się nad każdym słowem konstruując zdanie w głowie zanim je wypowie. Przynajmniej takie robiła wrażenie. Ciekawe dlaczego?

„Niech zgadnę, przychodzisz tu codziennie?” podjąłem dyskusję.

„Zgadłeś” przyznała.

„Zająłem ci miejsce?”

„Nie przejmuj się. Pogram sobie jutro rano. Ty rano pewnie pracujesz, nie?”

„No, tak.”

„Więc tak nie będziemy sobie przeszkadzać.”

„…mogę przyjść kiedyś posłuchać?” spytałem niepewnie.

„Mmm… jeśli chcesz. Tylko tym razem mnie tak nie strasz.”

Wyczułem to wahanie w jej głosie. Chyba jednak nie chciała mojego towarzystwa.

„Mieszkam w moim starym domu. Zajrzyj jak będziesz miał czas, to wypijemy tę kawę” zaproponowała.

„To ja cię zapraszałem.”

„A teraz ja zapraszam ciebie. Znów jesteśmy kwita” uśmiechnęła się jeszcze raz.

Zaśmiałem się i przytaknąłem. Dziwna dziewczyna.

„To jesteśmy umówieni. Pójdę już. Graj dalej, nie przeszkadzaj sobie. Aha” zatrzymała się jeszcze w pół kroku. „Wiesz, w tym twoim utworze powinieneś zawrzeć równą dawkę rozpaczy i nadziei na to, że los kiedyś zdoła się odmienić. Nie zapomnij o tej równowadze. Ta melodia wcale nie musi brzmieć tak smutno, jak ją zagrałeś.”

Uśmiechnęła się i machając mi na pożegnanie wyszła z sali. Ciekawe, czy naprawdę tak ten utwór zagrałem? Wcale nie chciałem. Widać, że jeszcze sporo muszę poćwiczyć, skoro nawet „Karmy” nie umiem zagrać tak, jak bym chciał.


Ciąg dalszy nastąpi

F. H.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s